Intronizacja

Intronizacja

A gdy wszyscy myśleli, że to już koniec, On zszedł na samo dno Otchłani, podał rękę Adamowi i wydobył z ciemności wszystkich, którzy tam byli. Wydawało się, że przegrał, oto zło tryumfuje, ogłasza swoje zwycięstwo, a ci, którzy poszli za Nim, pogrążyli się w smutku, w poczuciu klęski. W Wielki Piątek łatwo jest skupić się na tym, co zewnętrzne, na cierpieniu Jezusa i brutalnej śmierci, a przez to popaść w smutek. Tak, to smutne wydarzenia, ale nie możemy zapominać, że znamy zakończenie. Jezus zmartwychwstał.
Tego dnia potrzebna jest cisza i zaduma, lecz nie smutek, bo smutek może odwrócić uwagę od tego, co najważniejsze. Wielki Piątek jest intronizacją Chrystusa, właśnie w chwili śmierci obejmuje swoje królestwo, właśnie wtedy zło ponosi ostateczną klęskę. To chwila zwycięstwa nad grzechem i śmiercią, nad wszelkim złem. To znak nieskończonego Miłosierdzia Boga.
Mówimy często, że Bóg jest miłosierny, ale i sprawiedliwy. To „ale” jest niczym innym jak ograniczaniem miłosierdzia. Tu nie ma i nie może być żadnego „ale”. Bóg jest miłosierny i sprawiedliwy, a jego sprawiedliwość i miłosierdzie najlepiej widać na krzyżu.
Myślę o tym w sposób bardzo osobisty. Sprawiedliwość Boża domaga się kary za grzechy, moje grzechy. Jak mówi Pismo, karą za grzech jest śmierć. Każdy grzech prowadzi mnie do śmierci. Lecz to nie ja umrę za moje grzechy, bo nawet gdybym sto razy umierał, nie będę wstanie odpłacić Bogu za całe zło. Za mój grzech umarł Jezus. Na nim spełniła się sprawiedliwość Boga wobec mnie. Tym samym okazał mi nieskończone miłosierdzie.
Dzisiaj wpatruję się w krzyż. Właściwie to się cieszę, jakkolwiek to zabrzmi, tak właśnie jest. Mój grzech zawisł na krzyżu, a Jezus stał się Królem, Królem Miłosierdzia. Dzisiaj mogę tylko patrzeć na krzyż i zdumiewać się przeogromną miłością Boga. Nie ma słów, którymi można to opisać. Można tylko zamilknąć i słuchać.
Jezu, dziękuję za ból, który przyjąłeś, za każdą ranę i za Twoją śmierć, za panowanie, które nade mną objąłeś. Dziękuję, że wyprowadzasz mnie spod władzy złego i ciemności szeolu. Naucz mnie kochać, jak kochasz Ty, bo kochać to żyć.

Feliks

Obmywanie nóg

Trzy dni świętowania, jedna liturgia, która rozpoczyna się w Wielki Czwartek i kończy Mszą św. rezurekcyjną. Warto uczestniczyć w całości tych wydarzeń, mimo że nie ma takiego obowiązku. Warto, bo wtedy przeżycie tych świąt staje się pełne, bardziej zrozumiałe, głębsze.
W Wielki Czwartek obchodzimy pamiątkę ustanowienia Eucharystii i kapłaństwa. Jednak nie mylmy pewnych porządków. Tu nie chodzi o święto księży. Tego dnia chodzi o Jezusa, jedynego Kapłana. To On składa ofiarę i to On jest ofiarą. Jego ofiara uobecnia się w czasie każdej Mszy św. To nie wszystko. Poprzez chrzest wszyscy jesteśmy włączeni w kapłaństwo Chrystusa, wszyscy stajemy się ludem kapłańskim. Jednak w sposób szczególny Bóg powołuje niektórych do sprawowania Eucharystii. Wszyscy jesteśmy ludem kapłańskim, ale mamy w Kościele różne role, różne zadania. Dziękujmy Panu za prezbiterów, za ich posługę, za to, że z ich rąk możemy otrzymywać Ciało Pańskie.
Eucharystia – niezwykły znak obecności Boga w świecie. Dla oczu tylko chleb, ale ta delikatna kruszyna chleba jest rzeczywiście Ciałem Jezusa. Aby to sobie lepiej uświadomić, warto pójść do kościoła św. Jacka w Legnicy, by na własne oczy zobaczyć czym w rzeczywistości jest Eucharystia. Tam jest namacalny dowód Jego obecności, żywej obecności. W Wielki Czwartek trzeba dziękować Bogu za ten wielki dar, za Jego fizyczną i duchową obecność wśród nas.
Jest jeszcze jeden gest w czasie Mszy Wieczerzy Pańskiej. Obmywanie nóg. Od lat jestem jednym z tych, którym ksiądz w czasie liturgii obmywa nogi. Pozwolę sobie na osobistą refleksję.
Nie wiem jak trudne jest to dla prezbitera, ale dla mnie za każdym razem jest to wielkim i bardzo trudnym przeżyciem. Nie dlatego, że patrzą na mnie ludzie, ja ich wtedy nie widzę, ale jest we mnie ogromny opór. To mi uświadamia ile jest we mnie pychy. Klęka przede mną człowiek, który myje i całuje moje stopy. Wiem kim jestem, wiem jaki jestem, wiem, że w żaden sposób nie zasługuję na taki gest… Zawsze mam łzy w oczach, bo ten gest łamie moją pychę.
Tak robi Jezus. Klęka przed człowiekiem, jak niewolnik, by umyć mu brudne nogi. Nie pyta, czy jestem tego godny, nie pyta co dla Niego zrobiłem, nie pyta co mogę zrobić. Mówi tylko, że musi umyć moje nogi, bo inaczej nie wejdę do Królestwa Niebieskiego.
Jakkolwiek bym się starał, chodząc po tym świecie ubrudzę się grzechem. Wydawać by się mogło, że powinienem z radością pozwolić Jezusowi, aby mnie obmył. Jednak rodzi się opór. Fałszywa pokora, czyli pycha, podpowiada, że nie jestem godny. Bo nie jestem, ale… Jedynie Jezus może sprawić, abym był godny. Jedynie Jego ofiara mnie oczyszcza. On czyni mnie godnym i muszę wtedy poskromić moją pychę i pozwolić Mu uklęknąć przede mną, bo to pozwoli mi karmić się Nim, karmić się Eucharystią, włączyć się w Jego kapłański lud, uczestniczyć w jedynej ofierze, która daje życie, wieczne życie.
Panie Jezu, oczyszczaj, obmywaj mnie każdego dnia, abym zawsze mógł, abym zawsze chciał, karmić się Twoim Ciałem i Twoją Krwią.

Feliks

„Amoris laetitia” i „HUMANAE VITAE”

W ostatnim czasie rozgorzała w Kościele wielka dyskusja na temat adhortacji papieża Franciszka „Amoris laetitia”. Z ust wielu katolików posypały się gromy na papieża i jego otoczenie, oskarżenia o zmianę doktryny katolickiej, a nawet o herezję. Podobnie rzecz ma się z encykliką Pawła VI „Humanae vitae”, o której od dłuższego czasu dyskutuje się w instytucjach watykańskich i nie tylko. Zapanował pewien chaos w myśleniu i niestety sami ponosimy sporą winę za to. Poszczególni wierni, jak i instytucje Kościoła.

Mam wrażenie, że w ogniu dyskusji, zapominamy o ważnych kwestiach. Po pierwsze adhortacja nie wprowadza nowych „dogmatów”, po drugie, wbrew pozorom, nie zmienia istniejących. Oczywiście nie jest to też nauczanie nie podlegające krytyce. Adhortacja i dokumenty wydane w różnych miejscach na jej podstawie, pozwala zmieniać pewne zasady dopuszczania do sakramentu Eucharystii. Należy bardzo mocno podkreślić, że o zasadach dopuszczania do sakramentów decyduje Kościół. To do Kościoła należy ustalanie zasad i warunków na których wierni przyjmują sakramenty. Jest to prawo Kościoła. Czymś zupełnie innym jest, jakie konsekwencje mogą przynieść te zmiany.

Podobnie rzecz się ma z encykliką „Humanae vitae” Pawła VI. Ta encyklika nie jest „dogmatem” wiary. Jest obowiązującym nauczaniem Kościoła, jednak takim, które może podlegać zmianie. Kościół nie raz zmieniał zdanie, także w sprawach wielkiej wagi. Jedną z takich wielkich zmian w myśleniu i nauczaniu Kościoła jest Deklaracja o wolności religijnej „Dignitatis humanae” Soboru Watykańskiego II. Wcześniej mówienie o wolności religijnej w państwie, było uważane za herezję i często potępiane przez papieży w różnych dokumentach. Takie decyzje powstawały w określonym okresie historycznym i wtedy miały swoje uzasadnienie. Trwanie przy takim nauczaniu (które nie należy do niezmiennego depozytu wiary), byłoby dzisiaj wielkim błędem, przynoszącym wiele szkód. Podobnie zmienił się stosunek Kościoła do demokracji.

Nie zamierzam w najmniejszym stopniu rozstrzygać, czy dyskutowane zmiany przyniosą więcej dobra, czy szkody. Decyzje w tych sprawach należą do głowy Kościoła. Rozmawiajmy o tym, ale bez zacietrzewienia, czytając Ewangelię, Katechizm Kościoła Katolickiego. Warto też sięgnąć do historii, przejrzeć dawne dokumenty Kościoła, aby przekonać się jak na przestrzeni wieków kształtowało się tzw. nauczanie zwykłe i „dogmatyczne”. I zawsze pamiętać, że o sprawach, które tu pokrótce zaznaczyłem, decyduje Kościół.

„Zapewniam was, cokolwiek zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie i cokolwiek rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.”

Feliks

ZGRZYT

W życiu trzeba być rozsądnym, patrzeć uważnie pod nogi, nie bujać w obłokach. Człowiek rozsądny wpatruje się w ziemię, aby omijać przeszkody. Jakoś trzeba żyć. Jak to mówią porządni chrześcijanie: wiara wiarą, ale żyć jakoś trzeba. Człowiek musi myśleć o przyszłości, o swojej pozycji, jak jest postrzegany. Trzeba się dorabiać, zapewnić przyszłość dzieciom, a wolnych chwilach szukać „świętego” spokoju. Oczywiście jesteśmy dobrzy, gdy trzeba pomóc, damy coś, co nam zbywa, a w Boże Narodzenie pięknie wzruszamy się narodzinami Jezusa. Jakiż On biedny, samotny, porzucony.

Jezus nie był rozsądny. Oddał się w ręce ludzi jako niemowlę, mogli z Nim robić co chcieli, a On był całkowicie zależny. Urodził się w biednej rodzinie, w brudnej stajni. To było rozsądne. Gdy patrzę na historię Jego życia, nie widzę naszego rozsądku.

A patron „drugiego dnia świąt”, był rozsądny? Zaraz po Bożym Narodzeniu obchodzimy wspomnienie św. Szczepana, jego męczeńskiej śmierci. To jest jak zgrzyt. Z jednej strony miła atmosfera, kolędy, radość, a z drugiej śmierć męczennika. Nie ma w tym zgrzytu. Ale jest brak rozsądku. Rozsądny człowiek powie: Szczepanie spokojnie. Wyhamuj nieco, daj słuchaczom ochłonąć, przecież cię ukamienują. Uspokój sytuację, a dzięki temu będziesz mógł głosić dalej Dobrą Nowinę. Szczepan nie chciał być rozsądny, nie chciał wpatrywać się w ziemię, wolał unieść głowę do góry, patrzeć w Niebo, bo wiedział, że od czasu przyjścia Jezusa na świat, Niebo jest otwarte. Dał o tym świadectwo, bo był nierozsądny, niepraktyczny.

Od czasu przyjścia Jezusa na świat, Niebo jest otwarte, ale trzeba patrzeć w górę, porzucić dotychczasowy styl życia. Chcę zrobić krok do przodu, ale też chcę mieć pewność, że mam się gdzie wycofać, wrócić, jeśli coś nie wyjdzie. Boję się ryzyka. Rozsądek podpowiada: dbaj o to, co później, dbaj o dobre imię, uważaj wyśmieją cię, oplotkują, oczernią, a później powiedzą, że ich gorszysz i w końcu ukamienują. Może nie dosłownie, ale moralnie. Nie, nie zawsze, ale ile w nas praktycznego strachu, że tak się może stać.

Rozsądek mówi, patrz pod nogi, wiara mówi, Niebo się otworzyło, podnieś głowę i idź i głoś. Zaufaj Temu, który cię prowadzi. Mój rozsądek na nic się nie zda, bo bez Boga jestem i tak ślepy, a patrząc w Niebo, nie potrzebuję moich oczu, bo pójdę do góry, do Boga i nie muszę już czołgać się po ziemi.

Święty Szczepanie, jakiż to zgrzyt wprowadzasz w nasze świętowanie. My tu chcemy roztkliwiać się, chcemy ciepełka, miłej atmosfery. Chcemy mieć kontrolę nad naszym życiem,ba, nawet nad naszą wiara, a Ty mówisz spójrz w górę, więcej nie potrzeba już NIC.

Feliks

Boże Narodzenie 2017 r. – kilka pytań

Na jakiego Boga ja czekam…?

Czy wiem, dlaczego się narodził?

Czy już spotkałem/am żywego Boga?

Czy tęsknię za Bogiem?

Czy czegoś oczekuję od Niego?

Czy czuję ból, z powodu ran, które Bogu zadałem/am?

Czy czuję wdzięczność i radość, że się narodził?

Czy narodził się, lub narodzi… w moim sercu?

Jakie miejsce ma, lub przygotuję Mu w moim sercu?

Czym jest dla mnie obchodzona pamiątka Bożego Narodzenia?

W zgiełku przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia, zatrzymaj się na chwilę i pomyśl…

MK

Na jakiego Boga ja czekam?

Aż strach myśleć w jakim stałbym miejscu, w jakiej byłbym sytuacji, gdyby pewnego dnia nie przyszedł na świat mały człowiek, któremu nadano imię Jezus. Do czasu Jego narodzin Bóg wydawał się być kimś odległym, niezwykle wyniosłym, kimś do kogo trzeba głośno wołać, a także bać się.

Bóg – człowiek, jakże to wszystko zmienia. Stał się taki jak ja, miał ciało, zmysły, czuł zimno i ciepło, ból, radował się i smucił. Musiał odpoczywać, gdy czuł się zmęczony, spać, miał przyjaciół, do których chodził porozmawiać. Człowiek, jak my… z jedną, niezwykle istotną różnicą. On nie zgrzeszył.

Na naszej stronie parafialnej Miecia zadała kilka pytań. Nie odpowiem na wszystkie, lecz jedno pytanie zawsze do mnie powraca. Możemy o tym też posłuchać w rozważaniu ks. Grzywocza. Pytanie: Na jakiego Boga czekam? Niby takie proste.

Gdy rozglądam się wokół siebie, widzę świat pełen przemocy i zła. Ludziom w większości przychodzi znosić wiele nieszczęść. Czytam czasem wiadomości i zdarza się, że zaciskam pięści w gniewie. Gdzieś w głębi chciałbym, aby przyszedł sprawiedliwy Bóg, który zrobi z tym porządek. Nie tylko usunie zło, ale surowo ukarze winnych, ześle ich na wieczne potępienie. Grzech domaga się kary. Dobrze ci się żyło kosztem innych to teraz cierp wieczne katusze. Takie to proste.

Wystarczy przenieść wzrok z innych na siebie, spojrzeć w głąb własnej duszy. Ileż tam brudu. I co z tego, że nie robię tych wszystkich okropności o których często słyszę. Czy to znaczy, że jestem lepszy? O nie!!! Zamiast żyć pragnieniem Boga, hoduję w sobie złe myśli, urazy, schematy. Osądzam. Ten jest dobry, tamta zła. Myśli, które tworzą atmosferę zła. Nie grzeszę? Moje złe nastawienie do drugiego człowieka jest niczym innym jak odrzuceniem Boga. Staję w jednym szeregu z Herodem.

Gdy spojrzę w siebie, już nie czekam na sędziego, który rozprawi się ze światem. Bo wtedy rozumiem, że to ja jestem tym złym światem. Dla siebie pragnę Boga, który chce mnie zrozumieć, a nie tylko oceniać, cedzić wymówki i potępiać. Dla siebie chcę Boga, który mnie prowadzi jak ojciec dziecko, a nie belfra, co zawsze wie lepiej i tylko poucza. Dla siebie chcę ciepła miłości i miłosierdzia, przebaczenia.

Dla siebie? Nie tylko dla siebie. Widząc siebie w prawdzie Ewangelii, czekam na Boga, który uwolni nas wszystkich od największego cierpienia jakie dręczy świat. Od grzechu. Dlatego chcę żyć, staram się, pragnieniem Boga, aby wszyscy ludzie byli zbawieni. Skoro Bóg tego pragnie, to naszym zadaniem jest Jego pragnienie realizować. Nie przez mędrkowanie i pouczanie, ale przede wszystkim przez przykład miłości ofiarowanej drugiemu człowiekowi, szczególnie wtedy, gdy tak po ludzku, nie zasługuje na to. Na zło, na ataki na wiarę, Boga i Kościół, na mnie, odpowiadać dobrym słowem. Niestety często odpowiadamy tak samo jak ci, którzy nas atakują. Obrażamy.

Czekam na Boga, który przyszedł na świat pełen pokory. On Stwórca wszechświata nie wstydził się urodzić w stajni. Nie przeszkadzało Mu, że pierwszymi witającymi go ludźmi byli pasterze. To wtedy szemrane środowisko. Nie wstydził się przez całe życie iść do zniewolonych grzechem. Warto zwrócić uwagę, że krytyczne słowa miał tylko dla „pobożnych”.

Czekam na Niego i staram się dostrzec Go w pijaczku pod sklepem, w człowieku kpiącym z mojej wiary, w całej biedzie grzechu. On tam jest, w tych zniewolonych sercach i tam czeka na nas. Czeka aż przyjdziemy z dobrym słowem, zrozumieniem, czasem rada, a przede wszystkim obecnością, bo grzech jest często wynikiem wewnętrznej samotności.

Czekam na Boga, który rozumie moje błędy. Nie pochwala, ale rozumie, który jest bliskim przyjacielem. Przyjaciel, prawdziwy przyjaciel, nie odwróci się nigdy, zawsze jest gotów pomóc. Gdy trzeba powie ostro co myśli, ale tez zaraz wyciągnie ręce, otworzy serce,by pomóc. Na takiego Boga czekam. Na przyjaciela, którego nie muszę się bać, bo nie przychodzi, aby mnie dręczyć, lecz aby ratować. Gdyby było inaczej, nie urodziłby się w stajni, ale w królewskim pałacu, wśród blichtru i pychy, w „czystości”. Jezus wszedł w brud i smród świata, naszych dusz, bo jest przyjacielem i jedynie On śmierdzącą stajnię potrafi zmienić w pałac, bo jest Bogiem, bo to On stworzył ten pałac, który zamieniamy w stajnię. Chcę tej zmiany, jak każdy człowiek, chociaż wielu nie ma tego świadomości. Chcę, ale bez Niego to nie może się udać. Dlatego zapraszam Go do siebie, aby zmieniał moje wnętrze, a przeze mnie serca innych, bo przecież Jego pragnieniem jest zbawienie wszystkich, a więc moim zadaniem jest napełnić się radością Ewangelii i spełniać Jego pragnienie, niosąc miłość dalej, do każdego człowieka, konkretnego człowieka, którego Bóg stawia mi na drodze.

Miecia pyta, czy tęsknię za Nim? Tak, bardzo. A czego jeszcze oczekuję? Właśnie tego, aby czynił ze mnie skuteczne narzędzie szerzenia Jego Królestwa. Nie w prawach tego świata, przepisach, ale w sercach. Pragnę i oczekuję, że narodzi się we mnie ogniem miłości.

Od dnia jego narodzin nie ma już strachu. Jezus Chrystus przyszedł na świat, wziął mój grzech, uczynił z niego krzyż i zawlókł go na Golgotę. Tam umarł, zamiast mnie, po trzech dniach wrócił do żywych, dla mnie. Od tego czasu nie ma już lęku. Jest miłość Ojca, pokój w Duchu Świętym i życie w Jezusie, bez końca.

Feliks

Królestwo

Czytam po raz kolejny słowa niedzielnej Ewangelii przygotowanej na Uroczystość Chrystusa Króla i ogarnia mnie coraz większe zdumienie. Za pierwszym razem, gdy przeczytałem to dość pobieżnie, myśl była prosta. Ludzie czyniący dobrze, porządni ludzie pójdą do Nieba, a źli i egoiści na potępienie. Jednak czułem, że coś jest nie tak. Czytałem dalej, kolejny raz i przyszła mi dziwna myśl.

Zastanowiłem się do kogo i o kim mówi Jezus. Kim są ci, co nakarmili głodnych, dali pić spragnionym, przyjęli przybyszów, odwiedzili więźniów… Kim byli ci drudzy? W więzieniach nie siedzą święci. Zdarza się, ale to wyjątki. W wiezieniach siedzą złodzieje, mordercy, gwałciciele, pedofile, po prostu ludzie z obrzydliwym dorobkiem. Czy Jezus się z nimi identyfikuje? Odpowiedź jaka przyszła mi do głowy wydaje się szaleńcza. Tak, On jest z nimi.

Przywykliśmy widzieć w ludziach, którzy potrzebują pomocy, biedaków zgnębionych przez życie, ale biedaków porządnych, uczciwych, szukających Boga.

A może ci spragnieni, głodni, nadzy i chorzy, więźniowie i opuszczeni… Ludzie biedni, bo pozbawieni wiary. Tak, często z własnej winy. Ludzie, którzy szukają dobra, ale nawet nie potrafią go nazwać. Gonią w życiu po złych drogach szukając szczęścia, ale tam gdzie szukają, szczęścia nie ma. Nie znają drogi, uwięzieni w grzechu.

Czy spotykam takich ludzi? Czy dałem im pić ze źródła mojej wiary, czy nakarmiłem Dobrą Nowiną, czy zobaczyłem oblicze Jezusa w twarzy przykrytej obrzydliwym grzechem?

Wszyscy jesteśmy poddani królowaniu Boga, ale przez chrzest i inne sakramenty stajemy się Jego dziećmi w sposób szczególny. Chrześcijanin to arystokrata ducha. Naszym Królem jest Jezus Chrystus.

Jego królowania nie można łączyć w żaden sposób z pojmowaniem władzy na sposób światowy. To, co znamy jako władza, jako rządzenie, nie ma nic wspólnego z władzą Boga. Często o tym zapominamy i może dlatego tak bardzo lękamy się powrotu Jezusa na ziemie. Ileż to różnych przepowiedni i wizji, które mówią o dramatycznym końcu świata. Wyobrażamy sobie, że Pan wróci i zniszczy wszystkich swoich przeciwników. Stosuje się piękne słowa, tłumaczenie, ale i tak wszystko sprowadza się do jednego. Nazwę to po imieniu: przyjdzie i wymorduje tych, co nie poszli za Nim. Ale nie koniec na tym. Wskrzesi ich, aby cierpieli wieczne męki. Nie oczekujemy na Króla, lecz lękamy się przyjścia bezlitosnego tyrana. Kto skłania nas, by tak myśleć, by bać się powrotu Jezusa? Odpowiedź jest tylko jedna.

Podczas swojej działalności na ziemi, Jezus nigdy nie potępiał, On chodził do grzeszników. Szedł do nich z dobrym słowem, z miłością, z przebaczeniem, bo wiedział, że grzesznik też cierpi, że grzech niszczy. „Bo byłem głodny, a nie daliście mi jeść…” To nas, arystokratów ducha, ludzi wierzących Jezus ostrzega w swoich słowach. On czeka na nas w ludziach opuszczonych, nie tylko materialnie, ale może przede wszystkim duchowo. On rządzi światem służąc, zniżając się do największej biedy ludzkiej, do najbardziej wewnętrznie upodlonych i chce abyśmy w tych ludziach dostrzegli Jego oblicze, Jego miłość.

Jezus nie króluje z tronu. Jego tronem jest Krzyż i Zmartwychwstanie, a sposobem sprawowania władzy jest bezgraniczna miłość. Zadaniem nas, chrześcijan jest nieść tą Miłość do każdego serca, karmić nią zgłodniały świat, nie odrzucać, nie odwracać się od nikogo, bo nasz Król od nikogo się nie odwrócił. Nasz król pragnie zbawienia wszystkich ludzi, więc nie ma sensu zastanawiać się kto będzie zbawiony, a kto nie, tylko trzeba z całych sił dążyć do spełnienia pragnień Boga. On nas posyła, by karmić świat, by dawać świadectwo miłości.

Mój Pan, Król, Władca wszechświata, nie rozliczy mnie z ilości modlitw, rekolekcji, praktyk religijnych, chociaż to jest niezwykle ważne i konieczne do duchowego wzrostu. Mój Pan osądzi mnie tylko i wyłącznie z jednego. Z miłości, konkretnej miłości do konkretnego człowieka. Człowieka, który ma twarz, imię…

Taki jest mój Król. Jest Panem, który nie brzydzi się pobrudzić dłoni, aby wyciągnąć mnie z błota. Mój Król poszedł za mnie na śmierć, wiedząc, że Go zawiodę. Mój Król chce, abym kochał i nic więcej, takich jak ja, czasem pogubionych i grzesznych, aby w moich oczach zobaczyli Jego łagodne spojrzenie, aby w moich słowach usłyszeli Jego głos, który nie potępia, aby w moich uczynkach była gotowość pomocy, poświęcenia, nie tylko wtedy, kiedy mam czas. Mój Pan rozliczy mnie jedynie z tego, czy chciałem dać siebie innym, jak On

Panie Jezu, naucz mnie widzieć Ciebie w spragnionych i głodnych, w nagich i chorych, w przybyszach i uwięzionych. Naucz mnie widzieć Ciebie w narkomanach i pijakach, w ateistach przeciwnikach Kościoła, w „bogatych” duchem i w prostytutkach. Naucz mnie spotykać Ciebie we mnie samym… I przyjdź Panie Jezu, przyjdź…

Feliks

W świętych obcowaniu

Niech będzie chwała

Bogu w Trójcy Jedynemu

Niech będzie chwała

Jezusowi Chrystusowi

za Jego śmierć i zmartwychwstanie

za odkupienie naszych win

za w Eucharystii z nami trwanie

Niech będzie chwała

za świętych obcowanie

W Kościele Jego trwanie

za jedność i miłość

po tej i tamtej stronie życia

Oto dzień Wszystkich Świętych

Bogu oddanych

oczyszczonych ogniem miłości

i tych co jeszcze w drodze

uczą się kochania

całym sercem

całą duszą

bez opamiętania

I chociaż czasem grzech

ubrudzi jak smoła

Jego święci

tu i tam

wznoszą ramiona

w modlitwie gorliwej

o Miłosierdzie

Niech będzie chwała

Bogu w Trójcy Jedynemu

za jedność w miłości

świętym obcowaniu

w modlitwie wytrwałej

by zdążać do celu

życia wiecznego

radości bez końca

dnia bez zachodu słońca

w Nim i dla Niego

z Nim w jasności wspaniałej

AMEN

/Feliks Grywaldzki/

Halloween? Ale obciach!

Wielu młodych ludzi, także tych przyznających się do chrześcijaństwa, corocznie „świętuje” halloween, nie widząc w tym absurdalności swojego zachowania, a także śmieszności. Tak, jest to również wystawianie się na pośmiewisko i wielki obciach. To mniej więcej tak, jakby kibic Legii skakał z radości, gdy Lech Poznań strzela gola jego drużynie. Dziwaczne i żałosne.

Często jest to też tchórzostwo, bo inni idą, więc ja też. Brak odwagi bycia innym, brak odwagi do posiadania własnego zdania.

Jest w tym też dużo winy tzw. dorosłych, którzy radosne święto uczynili świętem zmarłych. Nie mamy sensownych propozycji na ten czas, poza bieganiem po cmentarzach i zapalaniem kolejnych zniczy. Oczywiście to nic złego, ale mam takie wrażenie, że sami zatracamy właściwy sens tego święta.

Świętymi nazywano ludzi należących do Boga. Nie tylko tych, co są już po drugiej stronie życia, ale i tych, którzy żyją na tym świecie. To święto ma nam przecież uzmysłowić jedność Kościoła z tej i z tamtej strony życia. Jest to świętowanie wielkiego daru jakim jest wieczne szczęście, radowanie się tymi, którzy już to osiągnęli i nadzieja na dołączenie do nich.

Cmentarze trzeba odwiedzać, lecz nie możemy skupić się na cmentarzach. To zbyt płytkie i tak naprawdę często puste. Zamiast narzekać, że świat podsuwa młodzieży głupie sposoby świętowania, pomyślmy o własnych propozycjach. Zwalczanie halloween jest bezsensownym działaniem. Trzeba skupić się na budowaniu dobra, to jest rozwiązanie. Szukajmy tego dobra, szukajmy rozwiązań, a zacząć, moim zdaniem, należy od właściwego odczytania uroczystości Wszystkich Świętych.

Feliks