Zwiastowanie Pańskie

Jak trudno jest nagiąć nasza wolę do woli drugiej osoby: żony, męża, szefa w pracy. To jedna z większych trudności z jaką przychodzi nam wielokrotnie zmierzyć się w życiu.
Nagiąć się do prośby, czy też decyzji drugiej osoby wydawać się może czymś sprzecznym z ludzką naturą, z naszą skłonnością to samostanowienia o swoich wyborach i działaniach.
Uleganie czyjejś woli nie jest łatwe, ani przyjemne, często jest kompromisem, który nas wiele kosztuje.
Ile to razy, by utrzymać się w pracy, ktoś musi zrezygnować z własnego zdania, z własnej wizji wykonania powierzonego zadania.
Czytaj dalej…

Bóg stał się sprawiedliwością, czyniąc miłosierdzie!

Kazanie wygłoszone przez O. Raniero Cantalamessa, OFMcap w czasie Liturgii Wielkiego Piątku

„Bóg pojednał nas ze sobą przez Chrystusa i zlecił nam posługę jednania […]. W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem. On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą… Współpracując zaś z Nim napominamy was, abyście nie przyjmowali na próżno łaski Bożej. Mówi bowiem [Pismo]: W czasie pomyślnym wysłuchałem ciebie, w dniu zbawienia przyszedłem ci z pomocą. Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia” (2 Kor 5,18-6,2).

Wezwanie Apostoła do pojednania się z Bogiem nie odnosi się do historycznego pojednania, które dokonało się na krzyżu; nie odnosi się też ono do sakramentalnego pojednania, które dokonuje się w sakramentach chrztu i pojednania. Odnosi się ono do pojednania egzystencjalnego i osobistego, które ma być realizowane w chwili obecnej. Apel skierowany jest do chrześcijan w Koryncie, którzy są ochrzczeni i od pewnego czasu żyją w Kościele; skierowany jest zatem także do nas tu i teraz. „Czas upragniony, dzień zbawienia” to dla nas Rok Miłosierdzia, który przeżywamy.

Co jednak oznacza pojednać się z Bogiem w sensie egzystencjalnym i psychologicznym? Jedną z przyczyn, być może główną, alienacji współczesnego człowieka od religii i wiary jest jego zniekształcony obraz Boga. Jaki to obraz Boga istnieje w zbiorowej świadomości człowieka? By się tego dowiedzieć, wystarczy zadać sobie pytanie: „Jakie skojarzenia myśli, jakie uczucia i reakcje powstają w tobie przed jakąkolwiek refleksją, gdy w Modlitwie Pańskiej dochodzi się do słów: »Bądź wola Twoja«?”. Ktoś, wypowiadając te słowa, czuje, jakby wewnętrznie pochylał głowę w postawie rezygnacji, przygotowując się na najgorsze. Nieświadomie kojarzy się wolę Bożą ze wszystkim, co jest nieprzyjemne, bolesne, co w ten czy inny sposób może być postrzegane jako okaleczenie wolności i indywidualnego rozwoju. To trochę tak, jakby Bóg był wrogiem każdego święta, radości i przyjemności. Jest to Bóg gburowaty i inkwizytor.

Bóg jest postrzegany jako Byt Najwyższy, Pan czasu i historii, to znaczy jako istota, jako prawo, które jest nałożone na człowieka z zewnątrz; i żaden szczegół ludzkiego życia Mu nie umyka. Człowiek cielesny ma swoje pożądliwości; pragnie przyjemności, władzy, pieniędzy, rzeczy cudzych, żony drugiego. W tej sytuacji Bóg wydaje się tym, który blokuje człowiekowi drogę swoimi [imperatywami]: „Ty musisz” i „ty nie musisz”. Wola Boża jawi się zatem człowiekowi nie jako wola miłości, która pragnie dla niego tylko szczęścia, ale jako coś wrogiego. U podstaw tego wszystkiego jest idea Boga jako „rywala” człowieka, którą wąż zaszczepił w sercach Adama i Ewy i którą niektórzy współcześni myśliciele starają się utrzymać przy życiu, twierdząc, że: „tam gdzie rodzi się Bóg, człowiek umiera” (Jean-Paul Sartre).

Z pewnością w chrześcijaństwie nigdy nie ignorowano miłosierdzia Bożego! Ale powierzano mu tylko zadanie łagodzenia nieuniknionych konsekwencji sprawiedliwości. Miłosierdzie było wyjątkiem, a nie regułą. Rok Miłosierdzia jest wyśmienitą okazją, aby wydobyć na światło dzienne prawdziwy obraz Boga biblijnego, który nie tylko czyni miłosierdzie, ale jest miłosierdziem. To śmiałe stwierdzenie oparte jest na tym, że „Bóg jest miłością” (1J 4,8.16). Jedynie w Trójcy Bóg jest miłością, nie będąc miłosierdziem. To że Ojciec kocha Syna, nie jest łaską, ani przyzwoleniem, lecz jest koniecznością. On potrzebuje kochać, aby istnieć jako Ojciec. To że Syn kocha Ojca, nie jest miłosierdziem ani łaską, ale jest koniecznością, choć najbardziej wolną; On potrzebuje być kochanym i kochać, aby być Synem. To samo trzeba powiedzieć o Duchu Świętym, który jest miłością stającą się osobą.

To właśnie stwarzając świat, a w nim wolne stworzenia, miłość Boga przestaje być naturą i staje się łaską. Ta miłość jest wolnym darem, mogłoby jej nie być; jest hesed, czyli łaską i miłosierdziem. Grzech człowieka nie zmienia natury tej miłości, ale powoduje w niej skok jakościowy: od miłosierdzia jako daru przechodzi się do miłosierdzia jako przebaczenia. Od miłości prostego ofiarowania się przechodzi się do miłości cierpienia, ponieważ Bóg – w sposób tajemniczy – cierpi wobec odrzucenia Jego miłości. „Wykarmiłem i wychowałem synów, mówi Bóg, lecz oni wystąpili przeciw Mnie” (Iz 1,2). Pytamy wielu ojców i wiele matek, którzy tego doświadczyli, czy to nie jest cierpienie i jedna z największych goryczy życiowych.

A co powiedzieć na temat sprawiedliwości Bożej? Czy ona jest zapomniana czy niedoceniana? Na to pytanie raz na zawsze odpowiedział św. Paweł. Rozpoczyna on swój wykład w Liście do Rzymian tym stwierdzeniem: „Teraz objawiła się sprawiedliwość Boża” (Rz 3,21). Stawiamy pytanie: jaka sprawiedliwość? Czy ta, która oddaje każdemu to, co jest jego („unicuique suum”), to znaczy ta, która przydziela nagrody i kary w zależności od zasług? Z pewnością nadejdzie czas, w którym objawi się także ta sprawiedliwość Boża. Bowiem – jak pisze trochę wcześniej Apostoł Paweł – Bóg „odda każdemu według jego uczynków: tym, którzy przez wytrwałość w dobrych uczynkach szukają chwały, czci i nieśmiertelności – życie wieczne; tym zaś, którzy są przekorni, za prawdą pójść nie chcą, a oddają się nieprawości – gniew i oburzenie” (Rz 2, 6-8).

Ale to nie o tej sprawiedliwości mówi Apostoł, gdy pisze: „Teraz objawiła się sprawiedliwość Boża”. Ta pierwsza to wydarzenie przyszłe, a ta druga to wydarzenie dokonujące się właśnie „teraz”. Gdyby tak nie było, to zdanie Pawła byłoby stwierdzeniem absurdalnym, stwierdzeniem wbrew faktom. Z perspektywy sprawiedliwości wyrównawczej (rozumianej jako zadośćuczynienie) nic się nie zmieniło w świecie wraz z przyjściem Chrystusa. Jak mówił Bossuet[1], często wciąż widzimy ludzi winnych na tronie, a niewinnych na szubienicy; ale dlatego, że nie wierzymy, iż jest na tym świecie jakaś sprawiedliwość i jakiś ustalony porządek; chociaż czasami widzimy coś przeciwnego, a mianowicie niewinnego na tronie, a winnego na szubienicy. Jednak nie na tym polega nowość wniesiona przez Chrystusa.

Posłuchajmy, co mówi Apostoł:

„Wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie, które jest w Chrystusie Jezusie. Jego to ustanowił Bóg narzędziem przebłagania przez wiarę mocą Jego krwi. Chciał przez to okazać, że sprawiedliwość Jego względem grzechów popełnionych dawniej – za dni cierpliwości Bożej – wyrażała się w odpuszczaniu ich po to, by ujawnić w obecnym czasie Jego sprawiedliwość, i [aby pokazać], że On sam jest sprawiedliwy i usprawiedliwia każdego, który wierzy w Jezusa” (Rz 3,23-26).

Bóg stał się sprawiedliwością, czyniąc miłosierdzie! To jest wielkie objawienie. Apostoł powiada, że Bóg jest sprawiedliwy i usprawiedliwiający, tzn. jest sprawiedliwy w stosunku do samego siebie, kiedy usprawiedliwia człowieka. On bowiem jest miłością i miłosierdziem, i dlatego odnosi się ze sprawiedliwością względem siebie samego – tzn. ukazuje prawdę o sobie, gdy okazuje miłosierdzie.

Niczego się z tego nie pojmie, jeśli się nie zrozumie, co oznacza dokładnie wyrażenie „Boża sprawiedliwość”. Istnieje pewne niebezpieczeństwo, że ktoś, kto wysłucha mowy o usprawiedliwieniu, nie znając jego znaczenia, zamiast nabrać odwagi, wystraszy się. Święty Augustyn wyjaśnił to już bardzo jasno: „Sprawiedliwość Boża – pisał – to taka, dzięki której zostajemy usprawiedliwieni darmo; podobnie jak „zbawienie Pana” (Ps 3,9) jest tym, dzięki któremu Bóg nas zbawia”. Innymi słowy, Boża sprawiedliwość jest aktem, poprzez który Bóg czyni sprawiedliwymi, sobie miłymi tych, którzy wierzą w Jego Syna. Nie jest czynieniem sprawiedliwości, ale usprawiedliwianiem innych dla nich samych.

Zasługą Lutra jest to, że przywrócił prawdziwe znaczenie tej prawdzie, która po wiekach – przynajmniej w przepowiadaniu – zatraciła właściwe znaczenie. I to chrześcijaństwo zawdzięcza reformacji, której pięćsetlecie przypada w przyszłym roku. „Kiedy to odkryłem – napisał później ten reformator – poczułem się odrodzony na nowo i wydawało mi się, że otworzyły się przede mną bramy raju”. Ale to nie św. Augustyn ani Luter byli tymi, którzy wyjaśnili pojęcie „Bożej sprawiedliwości”, ale to Pismo Święte uczyniło to przed nimi:

„Gdy zaś ukazała się dobroć i miłość Zbawiciela, naszego Boga, do ludzi, nie ze względu na sprawiedliwe uczynki, jakie spełniliśmy, lecz z miłosierdzia swego zbawił nas” (Tt 3,4-5). „A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni” (Ef 2,4-5).

Dlatego słowa: „ukazała się sprawiedliwość Boża”, oznaczają: objawiła się dobroć Boga, Jego miłość, Jego miłosierdzie. Sprawiedliwość Boża nie tylko nie jest w sprzeczności z miłosierdziem, ale się na nim opiera! Co takiego ważnego dokonało się na krzyżu dla usprawiedliwienia tej radykalnej zmiany w losie ludzkości? W swojej książce o Jezusie z Nazaretu Benedykt XVI napisał:

„Niesprawiedliwość, zło są rzeczywistością, której nie można po prostu ignorować, trzeba jemu stawić czoło, trzeba je zwyciężyć. To jest prawdziwe miłosierdzie. A z racji, że ludzie nie są w stanie tego dokonać, czyni to Bóg – to jest ta bezwarunkowa dobroć Boga”.

Już św. Anzelm z Aosty (1033–1109), który najintensywniej zastanawiał się nad relacją między sprawiedliwością a miłosierdziem, pisał: „Jakie zachowanie mogłoby być bardziej miłosierne od postawy Ojca, który mówi grzesznikowi skazanemu na wieczne męki i pozbawionemu tego, co mogłoby go zbawić: »Weź mojego Jednorodzonego i ofiaruj go za siebie«?”[1].

Bóg nie zadowolił się przebaczeniem ludzkich grzechów; uczynił nieskończenie więcej; wziął je na siebie, przywdział je na siebie. Syn Boży, mówi Paweł, „uczynił się grzechem dla naszego zbawienia”. Straszne słowo! Już w średniowieczu byli ludzie, którzy mieli trudności z uwierzeniem w to, że Bóg wymagałby od Syna śmierci, aby pojednać ze sobą świat. Odpowiadał mu św. Bernard: „To nie śmierć Syna podobała się Bogu, ale Jego decyzja, aby dobrowolnie za nas umrzeć”: Non mors placuit sed voluntas sponte morientis[2]. To nie śmierć, ale miłość nas zbawiła!

Boża miłość dosięgła człowieka w najodleglejszym miejscu, do którego dotarł, uciekając od Boga, to znaczy w śmierci. Śmierć Chrystusa musiała jawić się wszystkim jako najwyższy dowód Bożego miłosierdzia wobec grzeszników. Oto dlaczego nie dochodzi do niej w majestacie pewnej samotności, ale zostaje ona umieszczona pomiędzy śmiercią dwóch łotrów. Jezus chce pozostać przyjacielem grzeszników aż do końca, dlatego umiera jako jeden z nich i wraz z nimi.

Pora uświadomić sobie, że przeciwieństwem miłosierdzia nie jest sprawiedliwość, ale zemsta. Jezus nie przeciwstawiał miłosierdzia sprawiedliwości, ale prawu tablic: „Oko za oko, ząb za ząb”. Przebaczając grzechy, Bóg nie rezygnuje ze sprawiedliwości, rezygnuje z zemsty; nie chce śmierci grzesznika, ale aby się on nawrócił i żył (por. Ez 18, 23). Jezus na krzyżu nie prosił Ojca o pomszczenie Go.

Nienawiść i okrucieństwo ataków terrorystycznych w tym tygodniu w Brukseli pozwalają nam lepiej zrozumieć Bożą potęgę zawartą w tych ostatnich słowach Chrystusa: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34). Niezależnie od tego, jak daleko nienawiść może popchnąć ludzi, to jednak miłość Boga była i będzie zawsze silniejsza. Do nas w obecnych okolicznościach jest skierowane napomnienie Apostoła Pawła: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12,21).

Musimy demaskować zemstę! Stała się ona bowiem wszechobecnym mitem, który zakaża wszystko i wszystkich, począwszy od dzieci. Bowiem duża część historii, które pojawiają się na ekranie i w grach elektronicznych to są historie zemsty, w których zwycięża tzw. dobry bohater. Połowa, jeśli nie więcej, cierpienia na świecie (jeśli chodzi o naturalne zło) pochodzi z chęci zemsty zarówno w stosunkach między ludźmi, jak i między państwami oraz narodami.

Mówi się, że „świat będzie zbawiony przez piękno”; ale piękno może również doprowadzić do ruiny. Jest tylko jedna rzecz, która naprawdę może uratować świat; jest nią miłosierdzie! Miłosierdzie Boże dla ludzi, a także ludzi między sobą. To Miłosierdzie może ocalić wartość najcenniejszą i kruchą w tym momencie w świecie, a mianowicie małżeństwo i rodzinę. Albowiem w małżeństwie dokonuje się coś podobnego do tego, co dokonuje się w relacji między Bogiem a ludzkością, a co Biblia opisuje w obrazie małżeństwa.

Na początku wszystko, jak powiedziałem, jest miłością, a nie miłosierdziem. Miłosierdzie pojawia się dopiero w następstwie grzechu człowieka. Także w małżeństwie na początku nie ma miłosierdzia, lecz miłość. Nie zawiera się małżeństwa z miłosierdzia, ale z miłości. Ale po latach i miesiącach wspólnego życia pojawiają się wzajemne ograniczenia, problemy zdrowotne, finansowe, problemy z dziećmi; pojawia się rutyna, która wygasza wszelką radość. To co może uratować małżeństwo przed nieodwracalnym rozpadem jest miłosierdzie w znaczeniu biblijnym, a więc nie tylko wzajemne przebaczenie, ale także „obleczenie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość” (Kol 3,12).

Miłosierdzie sprawia, że od erosa dochodzi się do agape, miłości poszukującej, ofiarnej i pozbawionej namiętności.

Bóg „lituje się nad człowiekiem” (Ps 102,13). Czyż mąż i żona nie powinni litować się nad sobą? I czy nie powinniśmy my, którzy żyjemy we wspólnocie, litować się nad sobą nawzajem zamiast się osądzać?

Módlmy się. Ojcze Niebieski, przez zasługi Twojego Syna, który na krzyżu „stał się grzechem” dla nas, spraw, aby serca osób, rodzin i narodów opuściło pragnienie zemsty. Spraw, aby intencja Ojca Świętego, gdy ogłaszał ten Święty Rok Miłosierdzia, znalazła konkretną odpowiedź w naszych sercach i aby wszyscy doświadczyli radości pojednania z Tobą w głębi swojego serca. Amen!

[1] Jacques-Bénigne Bossuet, „Sermon sur la Providence” (1662), in Oeuvres de Bossuet, eds. B. Velat and Y. Champailler (Paris: Pléiade, 1961), p. 1062.

Tłumaczenie: Radio Maryja

Źródło: http://www.radiomaryja.pl/

Ludzie spod krzyża. Dobry Łotr

Najgorsze jest czekanie. Kiedy słyszysz kroki na korytarzu i szczęk zamka w drzwiach, wydaje ci się, że idą po ciebie. W końcu przyszli. Myślałem: wreszcie skończy się moje przegrane życie… Tuż przed śmiercią zacząłem żyć. Nigdy nie jest za późno, by zacząć od nowa.

Za co mnie skazali? Wolałbym o tym nie mówić. Nie chciałem umierać, ale czułem, że zasłużyłem na śmierć. Miałem krew na rękach. Mógłbym dużo gadać o patologicznej rodzinie, o moich koleżkach, o całym ciągu zdarzeń, które doprowadziły do tego, co zrobiłem… Tak jest łatwiej. Wszyscy są winni, ja jestem właściwie ofiarą biedy, środowiska, okoliczności. Taki los, nie ma wyjścia… Czytaj dalej…

Zabić Downa!

Zabić Downa!

x. Tomasz J. Chlebowski

Nieduża stacja benzynowa na obrzeżach włoskiego miasta. Młoda Polka stoi za barem. Znamy się. Wie, że jestem księdzem.
– No, a Kościół to znowu się miesza w politykę! W kwestii aborcji.
– A to nie bardziej kwestia życia i śmierci?
– Generalnie to osobiście, jak bym miała urodzić Downa, to bym usunęła. Bo po co ma się męczyć on, i ja?
– …czyli w życiu promujesz hasło: „Zabić Downa!”
– Niee… Przecież to jeszcze nie człowiek. Tylko zarodek.
– Zarodek, ale już z zespołem Downa? Więc może jednak człowiek?… A kiedy ów zarodek staje się człowiekiem? W chwili urodzenia?
– No, chyba tak.
– Aha: chyba… Czyli: nie jesteś pewna. To w takim razie, kiedy mąż bestialsko pobije ciężarną żonę, ona poroni, to w sumie ten mężczyzna nie jest mordercą? Bo przecież zniszczył zarodek, a nie zabił poczęte życie. No, więc najwyżej za pobicie żony otrzyma ów mężczyzna jakiś niewielki wyrok w zawieszeniu, albo pouczenie. Bo… nic więcej się nie stało. Nie było nowego życia w tej kobiecie, nie zabił w niej dziecka, a więc czyn nie ma charakteru morderstwa.
Jedna z rozmów w ostatnim czasie. O aborcji. Chociaż w tle też wątek filozoficzny: kiedy zaczyna się życie? Kiedy zaczyna się człowiek? W historii, zwłaszcza na gruncie filozofii, trwały nierozstrzygnięte dyskusje na ten temat. Dla niektórych stanowią argumentację dla własnych teorii za zalegalizowaniem aborcji.
Nie wnikam tutaj jednak w rozstrzygnięcia na gruncie prawnym. Bo prawo wyznaczane jest przez ludzi. A człowiek często zapomina, jak w tym przypadku, o nadrzędnym prawie moralnym, wpisanym odwiecznie w serca człowieka. To prawo moralne może być również wykoślawione, częściowo zatarte, bagatelizowane. Stąd rodzi się większość dyskusji wobec tego, co powinno być oczywiste i jasne.
Bywały starożytne filozofie, które w myśl idei utworzenia doskonałego państwa, złożonego z doskonałych ludzi, praktykowały uśmiercanie osób niepełnosprawnych czy kalekich. W starożytnej Grecji zabijanie niepełnosprawnych noworodków było prawnie wymagane przez państwo. Platon i Arystoteles opowiadali się za wykluczeniem niepełnosprawnych ze społeczeństwa, a Rzymianie uważali, iż poczęcie dziecka z jakimś defektem było zapowiedzią zbliżającej się katastrofy. Podobnie zresztą działał hitlerowski podział na doskonałą rasę nadludzi (aryjską) oraz podludzi (Żydów, cyganów i właściwie wszelkie inne narodowości). Okrutna filozofia segregacji i eliminacji. Taką właśnie filozofię mniej lub bardziej świadomie propagowała moja rozmówczyni.
W przytoczonej rozmowie z młodą kobietą przerażające było to, iż jednym z motywów aborcji była… jej wygoda życia. Bo, jeśli urodzi się chore dziecko, to potrzeba wysiłku i trudu, na który się nie godzi. Ale wysiłku wymaga również opieka nad dzieckiem zdrowym. Tak samo wymagająca, jak nad chorym. Praktycznie nieustannie. „Po co mam się męczyć?..” – więc lepiej usunąć dziecko, które nawet nie nazwane jest dzieckiem, lecz w pośredni sposób: zmęczeniem, problemem. Albo: płodem, zarodkiem, embrionem. Po prostu, dla egoistycznej wygody lepiej „zabić Downa”. Usprawiedliwienie i uspokojenie sumienia takim motywem jest krótkotrwałe. Jaką tragedię przeżywają kobiety, które kiedyś dopuściły się aborcji! Większość z nich do końca życia obwinia się za dokonany czyn. Wszystkie mówią: „Gdybym tylko mogła cofnąć czas!”
Przed trzema laty przyszła do mnie młoda dziewczyna, parafianka jednej z moich malutkich, włoskich wiosek. Jakiś czas temu pobłogosławiłem jej małżeństwo. Eleonora była właśnie w ciąży z drugim dzieckiem. Stanęła przed mną zapłakana, zrozpaczona i zrezygnowana. W jej zaczerwienionych oczach widziałem ból. Urywanymi słowami rozpoczyna swoją opowieść. Swój dramat. Lekarze stwierdzili u nienarodzonego jeszcze dziecka jakąś wadę genetyczną. Bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że narodzi się niepełnosprawne umysłowo. Albo, że w ogóle się nie narodzi. Stanowczo więc zalecają usunięcie ciąży. Rodzice są za, mąż się waha, ale skłania się ku zdaniu większości. A ona?… Stopniowo postawa bliskich jej osób rodzi niepewność. Nie wie, co zrobić? Ale nie chce zniszczyć życia, które w sobie czuje. Jutro ma powziąć decyzję. Kolejne badania.
W malutkim kościele, w którym rozmawialiśmy, wystawiłem Najświętszy Sakrament. Wspólnie modliliśmy się o moc Ducha. Bóg jest miłośnikiem życia – rzekłem do niej słowa, które wprost cisnęły się mi na usta – Nie bój się, tylko wierz w to, że chroni życie.
Decyzja zawsze pozostaje osobistym wyborem. Każda przynosi jednak swoje konsekwencje. Owoce niektórych trzeba potem dźwigać całe życie.
Czynię nad nią znak błogosławieństwa. Uspokaja się. Obiecuję modlitwę.
Za dwa miesiące wraca. Uśmiechnięta. Z dzieckiem na ręku. Lekarze nie dowierzali, że urodziło się zdrowe. Przecież wydali na nie wyrok śmierci. Miało się nie narodzić. „Cud?.. – zastanawiają się – Nieee, zwykły przypadek”. Przeważnie się nie mylą. Zresztą, nie da się zweryfikować pomyłki, kiedy dokona się już wcześniej egzekucji.
Właściwie wszyscy bulwersują się (słusznie zresztą) okrucieństwem mordu niewinnych ludzi w obozach koncentracyjnych. I często ci sami ludzie dopuszczają możliwość mordu na bezbronnych, niewinnych istotach ludzkich. Nie wiadomo, kim byłyby te zabite dzieci. I nigdy się nie dowiemy. Może kimś wielkim, kto napisałby piękne strony historii swojego narodu, albo świata?
– No, a w sprawie gwałtu? W takim wypadku ja bym na pewno usunęła – kolejny argument za aborcją mojej młodej rozmówczyni.
Ale czy to poczęte życie jest winne przemocy, której dopuścił się gwałciciel? Dlaczego ma ponosić za jego czyn najwyższy wymiar kary, jaką jest śmierć? Czy to jest sprawiedliwe?
Prawdę mówiąc, wszelkie czarne marsze zmierzają do jeszcze większej czerni. Grobowej czerni królestwa śmierci. W szeregu czarnych postaci widnieją również sztandary z napisem „Zabić Downa!”. W imię pozornej, fałszywej wolności; w imię egoistycznej wygody życia; w imię fałszywych filozofii oraz ideologii odczłowieczających to, co w ludziach jeszcze pozostało piękne.

x. Tomasz J. Chlebowski

Dziękuję księdzu Chlebowskiemu za zgodę na publikację na naszej stronie.

SALVIFICI DOLORIS

Czcigodni Bracia w biskupstwie,
umiłowani Bracia i Siostry w Chrystusie!

I
WSTĘP

1. „W moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół”1 — pisze św. Paweł Apostoł, odsłaniając zbawczą wartość cierpienia.

Słowa te zdają się znajdować u kresu długiej drogi poprzez cierpienie wpisane w dzieje człowieka i naświetlone Słowem Bożym. Mają te słowa wartość jakby definitywnego odkrycia, któremu towarzyszy radość — i dlatego Apostoł pisze: „Teraz raduję się w cierpieniach za was”.2 Radość pochodzi z odkrycia sensu cierpienia — a odkrycie to, chociaż jest jak najbardziej osobistym udziałem piszącego te słowa Pawła z Tarsu, jest równocześnie ważne dla innych. Apostoł komunikuje swoje odkrycie i cieszy się nim ze względu na wszystkich, którym może ono dopomóc — tak jak jemu pomogło — w przeniknięciu zbawczego sensu cierpieniaCzytaj dalej…

Środa Popielcowa: Na czym polega post ścisły i kogo dotyczy?

Środa Popielcowa to dzień rozpoczynający Wielki Post. W związku z tym obowiązuje post ścisły, tj. ograniczenie się do spożycia trzech posiłków, dwóch lekkich i jednego do syta (od 18 do 60 r. życia), oraz wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, jak w każdy piątek (od 14 r. życia do jego końca).

Liczba 40 stanowi w Piśmie Świętym wyraz pewnej dłuższej całości, czasu przeznaczonego na jakieś konkretne zadanie człowieka lub zbawcze działanie Boga. Czytaj dalej…

Wierzysz, że może cię uzdrowić?

– Bardzo często nie wierzymy, że Pan Jezus może nas podczas Mszy uzdrowić. Wolimy łykać antybiotyki – mówi „Orzech”.
Jak co roku, Bal Przyjaciół Duszpasterstwa Akademickiego „Wawrzyny”, nazywany popularnie „Balem Złomów”, zebrał przy wspólnej zabawie karnawałowej zarówno absolwentów „wawrzynowych”, jak i studentów.
Pierwszym punktem uroczystego wieczoru była Msza św. W homilii ks. Stanisław Orzechowski poruszył temat czasu w życiu człowieka, nawiązując do słów z Księgi Hioba: „Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei”.
– Św. o. Pio mówił, że kto ma czas, ten go nie traci. Czasu mamy mało, a jeżeli go tracimy, to możemy już dopisać sobie drugie imię: kapuściany głąb – stwierdził w swoim stylu „Orzech”… Czytaj całość…

Kazanie św. Grzegorza z Nazjanzu, biskupa, *O miłości ubogich

„Błogosławieni miłosierni, mówi Chrystus, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”.

Nie najmniejsze miejsce wśród błogosławieństw przypada miłosierdziu. Albowiem: „Błogosławiony ten, kto myśli o biednym nędzarzu”, oraz „Dobrze się wiedzie człowiekowi, który lituje się i pożycza”. Trzymajmy się tego błogosławieństwa, zasłużmy na miano ludzi wyrozumiałych, bądźmy współczujący.

Niech nawet i noc nie będzie ci przeszkodą w okazywaniu miłosierdzia… Czytaj dalej…